Takie filmy, jak „Jedz, módl się, kochaj" czy „Dzika droga” nie kłamią – samotna wyprawa może odmienić raz na zawsze. Przekonałam się o tym na własnej skórze podróżując po Gran Canraii (tak znowu o tym opowiem!) Nie wiedziałam tylko, że ta droga zaprowadzi mnie do… Pragi.

Przed wejściem do samolotu byłam pełna lęku, nie tylko dlatego, że boje się latać, ale dlatego, że jechałam w nieznane, bez planu i bez pieniędzy. Jedyne, co miałam to nadzieja, że ta droga pomoże mi pokonać strach, który powstrzymuje mnie przed życiem pełnią.  Nie umiałam nazwać tego strachu, wiedziałam tylko, że rządzi mną, moimi decyzjami lub częściej brakiem decyzji.  

Tylko, że gdy przyleciałam na miejsce, to poznałam wspaniałych ludzi, hipisów, z którym cudownie spędzałam czas, więc odwlekałam swój quest. Już pierwszej w nocy w jaskini, poczułam, że nie jestem gotowa – spędziłam całą noc z nożem w ręku i reagując na najmniejsze odgłosy. Nic mi tam nie groziło, ale wyobraźnia przywoływała morderców i dzikie zwierzęta.  W podróż dookoła wyspy w końcu wyruszyłam nie sama, ale z przewodnikiem i moją nową miłością. Było cudownie, ale po miesiącu przebywania non-stop ze sobą, pojawiło się napięcie i nie mogliśmy znieść swojej obecności. Wtedy mój partner, poszedł sam w góry, zostawiając mnie samą na dzikiej plaży. Byłam na niego wściekła, lecz później mu za to podziękowałam!

Mogłam oczywiście wynająć pokój przez internet, ale zamiast tego postanowiłam się zmierzyć ze sobą i pójść po to, po co właściwie przyjechałam na Kanary. Przez następne kilka dni i nocy wędrowałam sama. Samotne noclegi w nieznanych miejscach pod krzakami, w jaskiniach, pod ławką – niesamowite doświadczenie! Oto, jedno z tych miejsc:

Strach zniknął całkowicie, kiedy w nocy nie mogłam odnaleźć jaskini, którą wcześniej wypatrzyłam, więc położyłam się przy drodze, pod byle obsranym przed koty krzaczkiem. Rano obudziłam silna jak nigdy, strach zniknął. Tego dnia nie bałam się nawet pająków! I wyruszyłam w mój pierwszy samotny trekking, pod czas którego nie spotkałam żywej duszy (o czym pisałam w poprzednim mailu). 

Happy end: dotarłam na miejsce wyznaczone do spotkania z moim lubym– do cudownej dzikiej plaży, gdzie mogłam pobujać się w hamaku. Przybyłam tam, jako nowa osoba - spotkanie samej ze sobą, dało mi odwagę, by iść po swoje. By to uczcić zrobiliśmy rytuał podczas pełni księżyca, była to moja inicjacja - poczułam, że  będąc już pod czterdziestkę wreszcie przestałam być dziewczynką, narodziła się kobieta – Makaya.

Makaya po powrocie do Polski, spakowała znów plecak i tym razem kota, wsiadła w pociąg i przetransportowała się do Pragi, gdzie przeżywa swoją kolejną przygodę - tak, ze złowionym na Kanarach Cechem 😉

Teraz mnie kusi, by dopisać „ i żyli długo i szczęśliwie”, ale tego nie wiem. Mimo to, zaryzykuję!

Jeśly Ty przeżyłaś dośwadczenie przemiany poprzez drogę i chciałabyś się ze mną podzielić, to czekam na list od Ciebie :)

Trzymaj się ciepło! Całuski :*
Justyna Kowalska,
artystka i Dziewczyna z Hamaka
Przekaż email zmarzniętej przyjaciółce

Justyna Kowalska