|
Mamy Covid - ja, Mąż, Duży i Mały, jedynie Malutki się ostał. Starszaki zachorowały w piątek i od razu tego samego dnia testy były pozytywne. Mąż i ja mamy objawy (drapanie w gardle, trochę kataru i osłabienia) od wczoraj, dziś potwierdziliśmy chorobę testami. Malutkiego rozpiera energia. Za nami cztery z co najmniej 14, a być może 20 dni jego zamknięcia i... jest nieźle!
Pamiętam, jak zdruzgotana, przerażona, przytłoczona byłam w marcu 2020 roku. I pamiętam, jak podle - fizycznie i psychicznie - czułam się w grudniu tego samego roku, kiedy zachorowaliśmy po raz pierwszy. Teraz jestem autentycznie spokojna, choć może za tydzień będę śpiewać zupełnie inaczej. 😉 W niedzielę wieczorem, jeszcze zdrowa, opublikowałam na Facebooku (LINK) i na Instagramie (LINK) post zilustrowany memem właśnie o tym kontraście między moim stanem kiedyś a teraz.
W tej całej sytuacji odczuwam też dużo wdzięczności. Długo by wymieniać, komu i za co jestem wdzięczna, więc wyróżnię tu jedną osobę: moją biznesową coachkę, Gosię Żukowską (Prosperuj jako Coach), która od pewnego czasu wspiera mnie w planowaniu moich zawodowych działań i radzeniu sobie z własnym umysłem. 😉 Niedawno spotkałam się z nią na sesji, nakręcona jak króliczek Duracella, i zaczęłam sypać jak z rękawa pomysłami na webinary, nowy kurs online, ba! nowy program grupowy i nową książkę, a właściwie może dam radę w tym roku napisać dwie, czemu nie?
Gosia zadała mi parę trafnych pytań, stawiając przede mną metaforyczne lustro. Ponownie zobaczyłam w nim prawdę, która powraca do mnie raz po raz: mój talent do generowania i realizowania rozmaitych pomysłów jest jednocześnie moim darem i przekleństwem. Darem - jasna sprawa, ale dlaczego przekleństwem? Dlatego, że kiedy wykorzystuję ten talent bezrefleksyjnie, to się zajeżdżam: pracuję, realizuję, odhaczam, tworzę, pędzę, aż... mój organizm strajkuje i ucieka w chorobę. Dokładnie to przydarzyło mi się - nie, nie przydarzyło mi się, lecz zrobiłam sobie - w grudniu, podobnie jak rok wcześniej.
"Kim się stajesz, kiedy tak pędzisz?" - spytała Gosia. Bardzo lubię takie pytania o tożsamość. Odpowiedziałam bez wahania: "Rozregulowaną osobą, matką, żoną i coachką, warczącą na dzieci i męża, niewyspaną i niedbającą o ciało. Zaprzeczeniem tego, kim chcę być dla siebie, rodziny i klientek". Gosia dała mi zadanie domowe: przez co najmniej tydzień nie robić NIC poza niezbędnym minimum i porzucić na razie plan poprowadzenia tego - ach, jakże fantastycznego! - webinaru w lutym. Ależ mi to było nie w smak! "A może chociaż zaplanuję go na marzec?" - cisnęło mi się na usta. Tak bardzo chciałam wyjść z tej sesji z CZYMŚ i móc stworzyć piękny plan oraz odhaczać kolejne zadania na liście.
Ale Gosia przypomniała mi kilka obrazów i wniosków z naszych poprzednich sesji. Najbardziej przemawia do mnie metaforyczny obraz mojego umysłu jako autobusu szkolnego, w którym każde dziecko chce przejąć kierownicę, bo to taaaaaakie fajne, yeah, dodajmy gazu, a może by skręcić w tę wąską uliczkę, nie jednak w tamtą, oddawaj kierownicę!!! A prowadzić powinnam ja: spokojna, wyregulowana, z zasobami energii, mocno osadzona w tym, co najważniejsze i jednocześnie uważna na to, co wyprawiają dzieciaki za moimi plecami. Zostałam z pytaniem: "Kto kieruje tym autobusem?"
Nie masz pojęcia - a może właśnie masz? - jak trudno jest mi działać w powolnym rytmie. Tak okropnie nie lubię rezygnować z różnych działań, tak nienaturalne jest dla mnie nicnierobienie, tak sztuczne i bezsensowne wydaje mi się robienie pauzy wiele razy w ciągu dnia i sprawdzanie, jak się mam. A jednocześnie wiem i mam w żywej pamięci, co się dzieje, jeśli pędzę. Nie chcę tego, co było moim udziałem przez wiele lat. Nie chcę tego, choć to dzięki zasuwaniu i korzystaniu z samokontroli bez samoregulacji osiągnęłam wiele z tego, co mam dziś.
Jestem wdzięczna Gosi za tę sesję, ale też sobie za to, że podjęłam trud zatrzymania się mimo licznych pokus. Przez tydzień rzeczywiście nie robiłam nic poza minimum. A kiedy tamten tydzień się skończył - dosłownie rankiem ósmego dnia - Mały obudził się z kaszlem. Resztę historii znasz. Dzięki zatrzymaniu się, dzięki rezygnacji z wciskania w mój grafik intensywnej aktywności na progu piątej fali pandemii, mogę teraz spokojnie zajmować się dziećmi zamiast miotać się i lamentować, że to nas dopadło. Zapamiętam tę lekcję. Mam nadzieję, że dla Ciebie ta moja opowieść też ma jakąś wartość. Podzielisz się refleksjami...?
A przy okazji ja chcę podzielić się z Tobą moim e-bookiem "Kuba, Lenka i kwarantanna". Napisałam go wiosną 2020 roku, w czasie pierwszego lockdownu. To był mój sposób na samoregulację i prezent dla moich czytelników. Być może jesteś teraz w podobnej sytuacji (to bardzo prawdopodobne, zważywszy aktualną sytuację w kraju) i masz dzieci w podobnym wieku, co my. Być może ten e-book Was wesprze. Aby go otrzymać, kliknij w poniższy link. Miłej lektury! 😊
|